Ale kogo miało by nie być - świadectwo

 

Nazywam się Paweł, mam 43 lata. Jesteśmy z Bożenką blisko dwadzieścia lat po ślubie. Piszę z pozycji ojca ośmiorga dzieci: najstarsza córka ma lat osiemnaście, najmłodszy syn - dziesięć miesięcy.

 

 

 

Ewa, owa osiemnastoletnia dziś panna, urodziła się ponad rok po naszym ślubie. Bardzo pragnęliśmy tego dziecka i czas do narodzin, a także po nich, był dla nas czasem ogromnej radości wypełnionej przygotowaniami na jej przyjęcie. Z ogromną uwagą poszukiwaliśmy wiadomości o tym, jak należy opiekować się maleństwem już po jego narodzinach oraz o tym, co jest ważne w czasie zwanym pięknie: błogosławionym. Żyliśmy w środowisku, w którym nasi znajomi mieli już dzieci, wielu z nich całkiem małe. Nie stroniliśmy od ich towarzystwa chcąc podpatrzyć, jak opiekują się takimi maleństwami.

 

W tym czasie, mimo zachęt Bożenki unikałem bliskiego kontaktu z dziećmi, szczególnie z noworodkami, a branie ich na ręce było dla mnie nie do pomyślenia. Obawiałem się ich kruchości i delikatności, zupełnie nie miałem pojęcia co robić z takim maleństwem własnymi rękoma, które potrafiły podnosić spore ciężary. Po prostu bałem się, że wyrządzę krzywdę. Wszystkie te obawy zniknęły jednak zaraz po urodzeniu Ewuni. Odtąd branie na ręce i pielęgnowanie noworodka stało się czymś oczywistym i naturalnym. Mało tego, jej kąpanie odbywające się wieczorem, wieńczyło cały dzień i było przywilejem, o który każde z nas dwojga wręcz zabiegało...

 

OD POCZĄTKU

gdy rozmawialiśmy o naszych planach na przyszłość, chcieliśmy mieć dużą rodzinę, w której będzie miejsce dla czworga dzieci. Wszystkie przyjmowaliśmy z radością, choć nie bez pewnych obaw. Lata 80-te i początek 90-tych, były w Polsce okresem pełnym niepokojów społecznych: już po Okrągłym Stole i pierwszych demokratycznych wyborach do sejmu i senatu.

 

Dla nas był to czas pojawienia się kolejno: Ewy, potem zaraz Kasi, Tymoteusza (z którego - jako pierwszego syna - jesteśmy szczególnie dumni) i Janka. Był to czas, kiedy staraliśmy się o mieszkanie, mieszkaliśmy bowiem w hotelu robotniczym. Gdy Bożenka nosiła pod sercem Janka, okazało się, że jest szansa na mieszkanie w Koziegłowach pod Poznaniem. I gdy Janek miał półtora roku, nastąpiła przeprowadzka.

Czas po urodzeniu czwartego dziecka był wyjątkowy. Zacząłem odczuwać, że dojrzałem do ojcostwa: inaczej podchodziłem do rodzicielstwa, dostrzegałem, że nie wszystko co do tej pory robiłem jako ojciec, mimo najlepszych intencji, było do końca dobre.

Nagle - nieoczekiwana wiadomość: będziemy mieli kolejne dziecko! Nieco zaskoczeni, z radością przyjmujemy je, i – tak jak za każdym razem - przygotowujemy się starannie, szykując miejsce, przemeblowując nieco mieszkanie i dosyć mocno nasze plany...

 

Najtrudniejszy był moment, kiedy miało się urodzić szóste dziecko. Wpadłem wtedy w poważny kryzys. Pojawiły się poważne wątpliwości: czy podołam...? Jak sobie poradzimy? Ogromną pomocą był wtedy (i jest do dnia dzisiejszego) Kościół. To, że jesteśmy we wspólnocie kościoła, pomogło mi przetrwać tamten kryzys i wiele następnych.

 

Myślę, że narodziny Marysi, Stasia, Grzesia i Marka (a więc kolejno: piątego, szóstego, siódmego i ósmego dziecka) były dla mnie wielkim darem. Darem, co oznacza, że otrzymałem nieoczekiwany prezent - prezent niezasłużony (przypominam, że nasze plany początkowo ograniczały się do czworga dzieci). Jednak słusznie, nasze otoczenie: rodzina i znajomi (nie wszyscy), bardziej lub mniej otwarcie wyrażali obawy, co do naszych możliwości: Czy podołamy ze zdrowiem? Czy poradzimy sobie organizacyjnie? Czy, wreszcie, starczy nam pieniędzy?

 

PRAWDA O DNIU DZISIEJSZYM

jest taka: żyjemy w większym lub mniejszym niedostatku, brakuje nam wielu rzeczy, czasem zdawało by się niezbędnych, ale... - no właśnie: ale kogo miało by nie być?

 

Ewy, która wniosła w nasze małżeństwo ten cudowny poryw rodzicielstwa, która przyjęła na siebie cały brak doświadczenia młodych rodziców, wszystkie nasze błędy?

A może Kasi, tej istoty do początku opiekuńczej dla wszystkiego co nieporadne, pochylającej się cierpliwie nad każdym żuczkiem?

Czy może Tymoteusza? Ile on wniósł dumy do naszej rodziny – ja chodziłem jak paw, zaś Dziadek powiedział: Teraz jestem prawdziwym dziadkiem - i brał go na spacery.

Może Jasia? wypełniającego wesołością każdy kąt domu...?

A jak byśmy wyglądali, gdyby nie Marysia? Ile na nią spadło problemów i cierpień! Była bardzo chora jako noworodek, przyniosła nam tyle wzruszeń, gdy staliśmy nad nią w szpitalu i baliśmy się o jej życie!

Jaki byłby nasz dom bez Stasia? – On porusza się praktycznie tylko biegiem, a naśladując skoczków narciarskich i skacząc na coraz większe odległości, przyprawia o drżenie wszystkich najbliższych!

Może Grzesia, bez którego wiele wieczorów było by jakby pustych – on często późno zasypia, a przed zaśnięciem siedzi przy nas, swą cichą obecnością wnosząc do wieczoru niezwykłe ciepło, zasypiając w końcu w najdziwniejszych miejscach?

Marka – jeszcze nie mówiącego? Jego oczy jak dwa diamenty, świecące i patrzące na nas. W tych oczach cała ufność dziecięca, świat jakby objawia się w jego ciekawości. Ileż opiekuńczości wyzwala jego nieporadność! A jego dwa pierwsze ząbki, wypłakane przez tyle nocy, kiedy się wyżynały..? Dziś jak perełki w uśmiechniętej buzi.

 

 

GDY PATRZĘ NA NASZE DZIECI,

to w każdym z nich widzę cząstkę siebie, cząstkę Bożenki. Każde z nich, będąc sobą, jest mną. Będąc jedynym i niepowtarzalnym, jest podobne do Bożenki i do mnie – każde inaczej. Każde z nich ma swoje miejsce i bez niego byłaby jakaś pustka, kawałek przestrzeni niepełnej, bez sensu.

 

Wobec tego wszystkiego, trudy, czasem przygniatające troski i niepokoje, jakby beznadziejne sytuacje bez wyjścia, stają się niczym... Bo stajemy wobec objawienia się mocy Stwórcy. Bóg objawia się w każdym żywym człowieku. Bóg objawia się w życiu powierzonym Twojej opiece, w życiu, które ma wzrastać i któregoś dnia odejść gdzieś ku swojemu powołaniu...

Paweł Książkiewicz